Misje w San Salwador

Kochani, właśnie otrzymaliśmy kolejny list od Oleny, naszej koleżanki ze wspólnoty Emaus i RCS, która przebywa na misjach w San Salwador, w Ameryce Południowej. Poniżej publikujemy treść jej 2 listu:

Moi Drodzy,

Minęły już 3 miesiące naszej wspólnej misji.

Tutaj czas leci bardzo szybko. Możliwe, że przyczyną jest klimat, który prawie się nie zmienia (codziennie jest około 32°C). Może również z tego względu, że każdego dnia mamy dużo różnych rzeczy do zrobienia, czy też dlatego, że bardzo mi się tu podoba.

 

Czy jest możliwe, aby na innym kontynencie spotkać ludzi, który przyjmą Ciebie jak członka rodziny? Czy w najniebezpieczniejszej dzielnicy obcego kraju można czuć się jak w domu?

Mi samej ciężko w to uwierzyć, ale tak się czuję. Za każdym razem, kiedy wracamy do naszego domu, dzieciaki z dzielnicy przybiegają się przytulić, sąsiedzi witają nas, jakbyśmy się nie widzieli przez miesiąc, a dziadkowie dopytują się gdzie byliśmy i co robiliśmy. Wszyscy są tacy mili, uśmiechnięci mimo problemów i trudnych sytuacji, które przeżywają. Podchodzą do wszystkiego z wielkim entuzjazmem i wiarą na lepsze życie. Nie idealizuję sytuacji, nie mówię, że ludzie czują się bardziej bezpieczni, niż kiedy przyjechałam. Zaskoczyła mnie prośba sąsiadek, które mają 12 lat, żeby pójść z nimi w południe dwie uliczki dalej do ich koleżanki ze szkoły. Tym bardziej nie mogłam uwierzyć, że one nie widziały nawet, gdzie dokładnie ona mieszka – okazało się, że 100 metrów dalej!!! Tak już tutaj jest i o tym pisałam w pierwszym liście. Przez strach przed niebezpieczeństwem nie odwiedzają się nawzajem (chyba, że ktoś im towarzyszy). Tutaj nie wyciąga się na ulicy telefonów ani żadnych innych przedmiotów.

Trzeba być bardzo ostrożnym, lecz kiedy przestaniesz patrzeć tylko pod tym kątem, przestaniesz na każdym kroku myśleć o niebezpieczeństwie, policji i wojskowych, a będzie ci dane zobaczyć, jak piękny jest ten kraj (zwłaszcza zachody Słońca), jacy niesamowici ludzie tu mieszkają, jak są życzliwi i chętni do pomocy, nawet kiedy to oni potrzebują jej najbardziej.

Najmilsi, nie przestaje dziękować za Wasze modlitwy i troskę, zapewniam, że czuję się dobrze i bezpiecznie.

Hospital Bloom!

Ten apostolat jest dla mnie bardzo ważny! Takie małe dzieciaki, a z tak ogromną miłością.

Z podziwem patrzę na nich i na ich rodziców. Podziwiam odwagę i spokój trwania w tym ciężkim doświadczeniu. Zwykle z dziećmi przebywają ich matki, ale zdarza się również, że i ojcowie. Dzień i noc czuwają przy swoich dzieciach. Wychodzą z szpitala tylko na chwilę, żeby wziąć prysznic w domu naprzeciwko. W nocy śpią na krześle, które rozkłada się w leżak. Są zmęczeni i padnięci, ale nie narzekają, tylko opowiadają  o wszystkich trudnościach z wielką nadzieją i wiarą, że ich dzieci szybko wrócą do zdrowia.

 

Tetiana

Po długiej przerwie spotkałam ją kolejny raz w szpitalu. Taka radość jakbym spotkałam koleżankę, z którą nie rozmawiałam od lat. Niestety nie czuje się lepiej, a z całego jej ciała nadal schodzi skóra. W szpitalu jest bardzo zimno, a przez chorobę Tetiana bardzo mocno odczuwa chłód, co sprawia, że chodzi i je w rękawiczkach, czapce i kurtce. Niezmiennie jednak, głośno i radośnie się śmieje, co jest rzadkością w tym miejscu. Proszę Was o chociaż krótką modlitwę o zdrowie dla niej oraz dla Emilii, która jest przecudowną dziewczynką z naszej kolonii i jest naprawdę w bardzo ciężkim stanie.

Puntos Corazón

Codziennie po jutrzni otwieramy drzwi naszego domu i przez kraty witamy ludzi, którzy przechodzą obok. Z daleka słyszymy dźwięk wózka sąsiadów, którzy wracają z rynku, ktoś przychodzi wypić z nami kawę, później witamy sąsiada, który wraca z przedszkola, innych, którzy wracają ze szkoły (jedni chcą się pochwalić, czego się nauczyli, a inni proszą o pomoc), jeszcze inni przychodzą się przywitać w drodze do szkoły – tutaj zajęcia odbywają się na dwie zmiany (7:00-12:00/13:0018:00). Niektórzy proszą, żeby razem z nami gotować obiad.

Codziennie mamy adorację (każdy wybiera sobie godzinę), a po wspólnym odmówieniu różańca odwiedzamy ludzi, zaczynając od starszych i chorych. Następnie jest msza, nieszpory, a po kolacji nadal dzieci z ulicy wołają, żeby spędzić z nimi jeszcze trochę czasu, jeszcze raz zagrać w ulubioną grę lub po prostu porozmawiać. W zależności od dnia mamy też różne aktywności. Na przykład co wtorek odwiedzamy dzieci w szpitalu Bloom, w sobotę mamy „permanencję” (czyli szczególny dzień na zabawy z dziećmi w naszym domu) i gramy w piłkę, a w niedziele idziemy do dzielnicy „independencia”, oddalonej trochę od naszej i tam gramy z dziećmi.

Jednego wieczoru dzieci poprosiły mnie o linę do skakania, żeby pograć na ulicy. Przyszło bardzo dużo dzieci. To był dobry czas, niektóre z nich znałam już dużo lepiej. Tylko kiedy już się zbierałam, żeby iść spać, jeden chłopiec uciekł z liną do swojego domu. Inny powiedział, żebym się nie martwiła i pobiegł za nim. Po chwili wrócili obydwoje. Przeprosili, przytulili mnie, a ja wróciłam do domu bardzo z nich dumna. Tym zachowaniem drugi chłopiec pokazał mi, że jestem jedną z nich i że mogę liczyć na ich pomoc. Wiem, że nie tylko ja jestem tutaj dla nich, ale i oni są dla mnie, i tylko razem ta misja ma sens.

Takie chwile sprawią, że każdego wieczoru czekam na nowy dzień, kolejne spotkania i ciepłe rozmowy. Co do ostatniego, to mam wielkie szczęście. Niedawno, kiedy odwiedzaliśmy jedną rodzinę, zobaczyłam  z ulicy sąsiada, który patrzył z wielką ciekawością (przez trzy miesięcy misji nie poznałam jeszcze wszystkich przyjaciół Domu Serca, ale teraz do tej listy mogę dodać Pana Feliksa).

W odpowiedź na zwykłe pytanie o zdrowie, dowiedziałam się, że Pan Feliks miał operacje głowy i prawej nogi, teraz cierpi na prawostronny paraliż i ma problem z wymową niektórych słów. Mieszka sam, ma dzieci, które go odwiedzają, ale bardzo rzadko. Przemieszcza się na wózku i gotuje jedzenie lewą ręką. Powiedział mi również, co najbardziej mu smakuje i co gotował tego dnia. Wiem, kiedy ma urodziny, czym się kiedyś zajmował, i że to właśnie było przyczyną tej choroby – praca na statku. Jak to możliwe, że pan, który nigdy nie wychodzi z domu, nie rozmawia z sąsiadami, opowiedział tyle o swoim życiu osobie, którą widzi pierwszy raz? A może po prostu wszyscy do tego się przyzwyczaili: do tego, że cały czas sam w domu, że się nie odzywa? Może nikt nie próbował zmienić tej codzienności? Przypomniałam sobie o moim sąsiedzie w Polsce. Kiedy zmieniłam mieszkanie, spotykałam każdego ranka na klatce schodowej jednego starszego Pana, któremu codziennie mówiłam „Dzień dobry!” a jego codzienną odpowiedzią była cisza. Myślałam, że ten pan ma problem ze słuchem, ale z przyzwyczajenia codziennie nadal się z nim witałam. Aż jednego dnia nie tyle co odpowiedział, ale zapytał mnie, dokąd tak się codziennie spieszę. Po czym każdego dnia dodawał kolejne pytanie. Czy Wy też znacie takich ludzi?

 

Chce się z Wami podzielić jeszcze jedną dobrą wiadomością. Miesiąc temu dołączyła do nas Ludmiłanowa misjonarka z Argentyny. Pamiętacie, jak wam opowiadałam o Emmanuelu? Wymienili się państwami. Ludmiła ma 21 lat, przyjechała na 14 miesięcy.

 

Najmilsi, jeszcze raz dziękuję za Waszą obecność w moim życiu, za maile, wsparcie i te wszystkie ciepłe słowa. Proszę Pana Boga o wszelkie łaski dla Was i Waszych rodzin.

Pozdrawiam serdecznie,

Olena Nesteruk

Droga Krzyżowa ulicami Rzeszowa

Jak co roku, na rozpoczęcie Wielkiego Postu (w piątek 8 marca 2019 r.) ulicami Rzeszowa przeszła Droga Krzyżowa, której przewodniczył bp Jan Wątroba. Podczas nabożeństwa modlono się za ofiary pedofilii w ramach Dnia Modlitwy i Pokuty wynagradzającej za grzechy wykorzystywania seksualnego małoletnich przez duchownych.

Jako wspólnota Duszpasterstwa Akademickiego Emaus i Ruchu Czystych Serc nieśliśmy Krzyż od stacji IX do stacji X. Jako że zabrakło pracowników naukowych uczelni Rzeszowa mieliśmy radość niesienia Krzyża także przy kolejnej stacji, tj. od X do XI.

Misje w San Salwador

Na początku listopada 2018 r. nasza koleżanka Olena Nesteruk wyjechała na misje do San Salwador w Ameryce Południowej organizowane przez Dzieło współczucia i pocieszenia „Domy Serca”. Jej pobyt na misjach ma trwać 14 miesięcy. Poniżej publikujemy 1 list, jaki Olena przesyła do nas w grudniu 2018 r.:

Drodzy przyjaciele,

mój pierwszy list zdecydowałam napisać jeszcze w tym roku. Chociaż minęły dopiero trzy tygodnie, od kiedy jestem w Salwadorze, ale już wydarzyło się dużo różnych rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić.

 

Przyjazd i wspólnota

Po 24-godzinnym locie Salwador powitał mnie ciepło, wydaje się, że aż za ciepło, gdyż spędziłam 2 i pół godziny na lotnisku. Podejrzewałam, że nie często Ukraińcy przyjeżdżają   do Salwadoru, ale nie myślałam, że tutaj będą aż tak zainteresowani moją osobą, że wyjdę z lotniska jako ostatnia. Chociaż powiem szczerze, byłam bardzo zaskoczona życzliwością i otwartością Salwadoreńczyków, gdyż co chwilę pytali jak się czuję, jak minęła podróż, dopytywali się o sytuację na Ukrainie, a na koniec opowiedzieli mi trochę o Salwadorze, zapraszając do zwiedzenia całego kraju, żeby odkryć jego piękno. W tym czasie moja wspólnota cierpliwie czekała na mnie przy wyjściu. Był środek nocy, na zewnątrz bardzo ciepło, ale wspólnota przyjęła mnie jeszcze ciepłej.

Kiedy przyjechałam, byliśmy w domu w czwórkę:

Sabina – pochodzi z Częstochowy, jest na misji w Salwadorze od roku i jest to jej druga misja (pierwszą odbyła na Filipinach). Bardzo się cieszę z obecności Polki w naszym Domu, co też bardzo ułatwia mi początek misji.

Tilda – urodziła się na Węgrzech, ale przed misją mieszkała we Francji przez 2 lata. Jest w Salwadorze od 8 miesięcy (przyjechała na 16). Zdziwiła się bardzo, że od momentu, kiedy ja pierwszy raz usłyszałam o misji i do momentu mojego wyjazdu minęło pół roku, gdyż Tildzie przygotowania zajęły 4 lata. Co jeszcze raz mi pokazuje, że Pan Bóg dla każdego ma inny plan i sposób na jego realizację.

Emanuel – Salwadoreńczyk. Cieszę się, że mogłam dowiedzieć się dużo o kraju i tradycjach od osoby, która tutaj się urodziła. Niestety szybko przyszedł czas się żegnać – Emanuel był w naszym Domu tylko na czas przygotowania do misji, czyli przez pierwszy mój tydzień. Wierzę, że przez niego Pan Bóg będzie robił wielki rzeczy w Argentynie.

 

Kraj i bezpieczeństwo

Jedna z moich pierwszych nocy tutaj była nieprzespana, obudziłam się w środku nocy słysząc dziwne strzały. Następnego dnia dowiedziałam się, że to taka tradycja przed świętami, i że to nic innego jak petardy. Strzelają niezależnie od godziny dnia czy nocy. Ale jednej nocy obudziłam się od strzałów i wiem na pewno, że tym razem to nie były petardy. Na szczęście nie było to w naszej dzielnicy.

W 2014 byłam na Majdanie w Kijowie z koleżanką, która jest lekarzem. Nie chciałyśmy się rozdzielać, więc pomagałam jej. W czasie, kiedy policja, czyli ci, którzy mają bronić ludzi – stali po przeciwnej stronie – my chodziliśmy między tłumem ludzi i sprawdzaliśmy czy są ranni. Czułam się bezpiecznie, mając znak lekarza, chociaż byliśmy niedaleko policji strzelającej w ludzi, jednak wiedziałam, że nic ze mną nie może się stać. Ale od tamtego czasu nie cierpię podobnego dźwięku, a zarazem nie mam zaufania do policji.

Żyjąc w Salwadorze muszę się przyzwyczaić, że policja jest na każdym rogu, że wszędzie jest dużo wojskowych, którym widać tylko oczy, że niedaleko naszego domu stoją chłopaki, którzy pilnują, aby nikt, kto tutaj nie mieszka, nie wszedł na terytorium naszej dzielnicy. Ktoś, kto mieszka na terenie opanowanym przez jeden gang, nie ma prawa wchodzić na terytorium drugiego gangu. Nie mówi się o tym głośno, jest to temat zabroniony. W Salwadorze są dwa gangi – tzw. 13 („trzynastka”) i 18 („osiemnastka”). My mieszkamy na terytorium osiemnastki, a trzynastka znajduje się trochę wyżej naszej dzielnicy. Nikt nie wie do końca kto należy do gangów, istnieją tylko podejrzenia. Przez tę sytuację w kraju dużo zginęło ludzi, przede wszystkim mężczyzn. A jeżeli nie zginęli, to zostali aresztowani (znamy dużo dzieci, które wychowują się babcią lub ciocią, bo ich ojcowie są w więzieniu). Nie raz zmartwione matki modlą się, żeby ich synowie znaleźli pracę, gdyż chłopaków bez stałego zajęcia jest najłatwiej wciągnąć do gangu. Jednak my, z Puntos Corazón (czyli Domu Serca) jesteśmy tymi, którzy mogą chodzić wszędzie, więc widzimy ważność odwiedzania ludzi, chodzenia na urodziny do tych dzieci, które niestety nie mają prawa przyjść do naszego domu. Jeżeli ktoś z naszych przyjaciół i przychodzi do nas w odwiedziny to musimy pójść po nich na koniec ulicy, a później odprowadzić. Nawet jeżeli ktoś do nas przyjeżdża samochodem, później jedziemy z nim do końca naszej dzielnicy.

Nigdy nie chodzę nigdzie sama, ale jednego dnia poszłam do domu znajdującego się w sąsiedztwie, tylko coś sprawdzić. Wracając, zauważam pod naszym domem sześć wojskowych z bronią, nie wiedziałam co robić w takiej sytuacji, jak się zachować. Więc poprawiam na ręce różaniec, który jest naszym znakiem rozpoznawczym, i szybko idę do domu, oczywiście odróżniam się od Salwadoreńczyków, czym zwracam na siebie uwagę. Muszę się przyzwyczajać – będę ich widziała przez całą moją misję.

Myślę, że większość z Was kojarzy Salwador tylko z zabójstwami i narkotykami. Nie powiem, że tego nie ma; nie powiem, że wszyscy ludzie są spokojni i zadowoleni ze swojego życia, bo widzę ich ból, cierpienie i chęć innego, lepszego życia, ale chcę pokazać Wam również inna stronę Salwadoru. Na YouTube krążą historie o tym, jak okradają w autobusach, ale kiedy wchodzimy do autobusu z zakupami i stoimy przez brak siedzących miejsc, panie, które siedzą, proponują nam potrzymać zakupy na kolanach. I tak za każdym razem. W naszej dzielnicy ludzie są naprawdę biedni, ale też bardzo otwarci i gościnni. Kiedy ich odwiedzamy, starają się czymś nas poczęstować i całą swoją uwagę koncentrują na nas, pokazując tym samym, że jesteś dla nich bardzo ważni.

Mimo tego, że są biedni, na razie nie widziałam, żeby ktoś chodził i prosił. Oni pracują, kto jak umie i jak może: wzdłuż ulic kobiety sprzedają warzywa, owoce, wodę/soki w workach (bo tak taniej), gotują i sprzedają pupusy (tradycyjne Salwadorskie danie); w autobusach prawie na każdym przystanku ktoś wchodzi żeby zaproponować wodę, słodycze lub skarpetki. Młodzież też stara się pomagać rodzinie, pracując na magazynach, na rynku lub w sklepach i często jest to praca nocą. Wszystko dlatego, żeby mieć co jeść i móc nakarmić swoją rodzinę, co czyni ich wyrozumiałymi na nieszczęścia innych.

 

Hospital Bloom

Miejsce pełne bólu. Najtrudniejszy widok to widok chorych dzieci. Pierwsza wizyta. Antoni, mieszka blisko Hondurasu, ma 9 lat. Choruje od maja tego roku, przez chorobę przerwał szkołę. Był bardzo smutny. Widząc cierpienie, naprawdę nie wiem, jak mam się zachować. Sabina rozmawiała z jego mamą, a później zauważa nową grę – prezent, którego Antoni nawet nie otworzył. Zaczynamy grać i w jedną chwilę cały pokój napełnia się jego niesamowitym śmiechem. Idziemy dalej.

Po drodze zobaczyliśmy, jak mama przykryła i kołysze dziecko. Chłopiec słysząc nasze głosy podnosi głowę. Patrzy bardzo przenikliwie, ale niestety tylko jednym okiem – drugie wycięto przez chorobę. Ma na imię Josue, 3 lata, diagnoza – rak mózgu. Mama pokazuje zdjęcia sprzed operacji. Szczęśliwy, uśmiechnięty i pełen życia chłopaczek. Ja czuję się w tym bardzo bezsilne, łzy napływają mi do oczu, ale przypominam sobie, że przyszłam ich wspierać, a nie płakać. Na swoje 3 lata jest bardzo mądry. Odwiedzamy dzieci w szpitalu co wtorek, następna wizyta już za tydzień.

 

Joanna

Jednego dnia poszliśmy odwiedzić ludzi mieszkających wzdłuż niedziałającej linii kolejowej. Najczęściej są to domy z blachy. W jednym z nich mieszka Joanna (najmłodsza w rodzinie), jej bracia Toni, Chiki, Diego, Luis, ich mama Marisol i ich babcia Rosa. Dzieciaki bawią się w pudle kartonowym, a najstarszy Luis pokazuje nam zdjęcia, które przekazał mu Maciek, były wolontariusz z Polski. Jestem w tym domu pierwszy raz, ale dzieci próbują zwrócić moja uwagę. Zaczynam kręcić na rękach najmłodszą Joannę, ale w tym czasie robi się kolejka, więc wychodzimy wszyscy na podwórko i wtedy Joanna pokazuje, że chce pojeździć na rowerze. Przynosi rower, który nie ma opon i jednego pedała, później podnosi z ziemi kamień, który zaledwie trzyma i bije nim po siedzeniu, po czym daje znać, że rower jest gotowy do jazdy, więc moja nowa koleżanka śmiało siada, jedziemy!!! To znaczy Joanna jedzie, a ja trzymając kierownicę biegnę obok. Nie wiem, jak spytać, czy dobrze się czuje i czy chce jechać dalej, ale jej uśmiech mówi sam za siebie.

W tym momencie uświadomiłam sobie, że każde dziecko ma tylko jedno dzieciństwo i każdy z nich, niezależnie od ilości i jakości zabawek, ma prawo na bycie szczęśliwym w tym czasie.

 

Nuestra Señora de la Paz

Niedaleko od San Salwadoru w mieście San Miguel, znajduję się statua Najświętszej Marii Panny z dzieciątkiem Jezus na lewej ręce i z palmową gałązką w prawej. Św. Oscar Romero bardzo chciał, żeby stała się Ona patronką całego Salwadoru. Miałam szczęście zobaczyć statuę na własne oczy i chciałabym krótko opowiedzieć Wam jej historię.

Tradycja głosi, że w 1682 roku kilku kupców znalazło skrzynię na brzegu morza. Nie mogąc jej otworzyć, przywiązali skrzynię do osła i wyruszyli, aby poinformować władze lokalne o znalezisku. Gdy przechodzili obok kościoła parafialnego, obecnie katedry, osioł padł ze zmęczenia. Wtedy udało się im otworzyć skrzynię i byli zaskoczeni tym, że w środku była statua Matki Boskiej trzymającej Dzieciątko. Mówi się, że pomiędzy mieszkańcami regionu toczyła się krwawa walka, ale kiedy usłyszeli o cudownym odkryciu, odłożyli broń i natychmiast zaprzestali walki. Właśnie dlatego obraz otrzymał tytuł Matki Bożej Pokoju, którego wspomnienie liturgiczne odbyło się 21 listopada, w dniu, w którym przybyła do San Miguel. Liść palmowy w ręku Maryi umieścili na pamiątkę wulkanu Chaparrastique, którego erupcja groziła zniszczeniem miasta. Przerażeni mieszkańcy San Miguel wprowadzili statuę Matki Boskiej Królowej Pokoju do głównych drzwi katedry i w tym właśnie momencie siła lawy zmieniła kierunek, oddalając się od miasta. Papież Benedykt XV zatwierdził kanoniczną koronację statuę, która miała miejsce 21 listopada 1921 roku

 

Posady

W pierwszy tydzień Adwentu zaczęliśmy Posady. Jest to dawna tradycja, która ma przygotować nas do Bożego Narodzenia. Chodzimy, przebrani za Józefa, Maryję, a także inne postaci biblijne, śpiewając kolędy i pukając do drzwi: od jednego domu do drugiego, tak jak kiedyś św. Józef pukał do domów, prosząc o przyjęcie Najświętszą Maryji Panny, która była w stanie błogosławionym.

Jest to pierwsze Boże Narodzenie, którego nie będę świętować ze swoją rodziną i pierwsza zima bez śniegu. Wszyscy moi znajomi wiedzą, jak bardzo lubię zimę i nie uwierzycie – naprawdę cieszę z tego doświadczenia. Żeby dobrze przeżyć Boże Narodzenia, nie potrzebujemy 12 potraw na stole (jak w ukraińskiej tradycji na Wigilię), nie potrzebujemy śniegu i najdroższych prezentów pod choinką. Wszystko czego potrzebujemy, to pozwolić Dzieciątku Jezus narodzić się w naszych sercach, naszych Domach, a świętując pamiętać, czyje urodziny obchodzimy.

 

Najmilsi, życzę Wam dobrego przeżycia Świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego roku. Niech Miłość, którą jest Ten, który wkrótce się narodzi, napełni serca Wasze i Waszych rodzin.

 

Z całego serca dziękuję za Wasze modlitwy. Są one mi teraz potrzebne bardziej niż zwykle. Dziękuję za wsparcie finansowe, bo bez Was nie mogłabym być tutaj pośród tych ludzi, z czego bardzo się cieszę i co czyni mnie naprawdę szczęśliwą. Zapewniam w swojej codziennej modlitwie za Was.

Pozdrawiam serdecznie,

Olena Nesteruk

Spotkanie z ks. Piotrem Pawlukiewiczem – 15 maja 2018

W czwartek 15 maja w ramach Duszpasterstwa spotkaliśmy się razem na mszy w kościele p.w. św. Jadwigi o godzinie 18:00. Ta niezwyczajna godzina oznaczała wyjątkowość tego spotkania, wszakże co tydzień widzimy się zawsze o godzinie 20:00. Spotkanie wyjątkowym uczynił jego gość – ks. Piotr Pawlukiewicz – znany polski kaznodzieja, który przyjechał do nas prosto z Warszawy. Doświadczony chorobą podczas kazania podjął temat Ducha Świętego, nawiązując do przeżywanego roku duszpasterskiego. Tłum ludzi obecny na Eucharystii pojawił się również w niemniejszej ilości na spotkaniu o godzinie 19:00 na auli WSPiA. Tam ksiądz Piotr podjął głównie tematykę męskości i kobiecości bazując na życiu Maryi. Podczas konferencji zaszczycił nas wieloma zaskakującymi opowieściami i anegdotami. Księże Piotrze – trzymamy za słowo i czekamy na jak najszybsze następne spotkanie w Rzeszowie!

Jakub Daraż

Wyprawa na Połoninę Wetlińską – 6 maja 2018

Ksiądz Lucjan lubi nie tylko roznosić wszystkich w grze w kręgle, ale również poddawać studentów ostremu wysiłkowi fizycznemu w pięknych okolicznościach przyrody.
6 maja 2018 wybraliśmy się wspólnie na kolejną wyprawę w Bieszczady. Tym razem naszym celem była Połonina Wetlińska. Zdobyliśmy Smerek i odwiedziliśmy miejsce, gdzie prądu nie uświadczy (miodu w sumie chyba też nie), czyli słynną Chatkę Puchatka. Pogoda bardzo dopisała, choć trzeba przyznać, że na szczytach bardzo mocno wiało – niczym halny w Tatrach. Poniżej galeria zdjęć z wypadu:
Wszyscy dzielnie dali radę, a z daleka „uśmiechał” się nasz cel na następną wycieczkę – Połonina Caryńska. Jeszcze jej mina zrzednie, jak i jej się nie damy.

Łukasz Wilk

Akademickie Drogi Krzyżowe

Droga Krzyżowa utkana jest z naszych grzechów. Nie miałaby jednak sensu, gdyby prowadziła wyłącznie do śmierci.
22 lutego w kościele akademickim podczas Drogi Krzyżowej, prowadzonej przez studentów, można było poczuć obecność błogosławionych, którymi byli: Chiara Luce Badano i Piotr Frassati.
Swoim przykładem pokazali, że najgorsze cierpienie można znieść, kiedy trud oddamy Jezusowi. Uśmiechem na twarzy pocieszali tych, którzy im współczuli.
Pragnienie tego, aby znaleźć się blisko Jezusa, łagodziło ich rany, bo przecież Bóg nigdy nie daje nam tego, czego nie jesteśmy w stanie udźwignąć.

Małgorzata Ligęska