Misje w San Salwador

Kochani, właśnie otrzymaliśmy kolejny list od Oleny, naszej koleżanki ze wspólnoty Emaus i RCS, która przebywa na misjach w San Salwador, w Ameryce Południowej. Poniżej publikujemy treść jej 2 listu:

Moi Drodzy,

Minęły już 3 miesiące naszej wspólnej misji.

Tutaj czas leci bardzo szybko. Możliwe, że przyczyną jest klimat, który prawie się nie zmienia (codziennie jest około 32°C). Może również z tego względu, że każdego dnia mamy dużo różnych rzeczy do zrobienia, czy też dlatego, że bardzo mi się tu podoba.

 

Czy jest możliwe, aby na innym kontynencie spotkać ludzi, który przyjmą Ciebie jak członka rodziny? Czy w najniebezpieczniejszej dzielnicy obcego kraju można czuć się jak w domu?

Mi samej ciężko w to uwierzyć, ale tak się czuję. Za każdym razem, kiedy wracamy do naszego domu, dzieciaki z dzielnicy przybiegają się przytulić, sąsiedzi witają nas, jakbyśmy się nie widzieli przez miesiąc, a dziadkowie dopytują się gdzie byliśmy i co robiliśmy. Wszyscy są tacy mili, uśmiechnięci mimo problemów i trudnych sytuacji, które przeżywają. Podchodzą do wszystkiego z wielkim entuzjazmem i wiarą na lepsze życie. Nie idealizuję sytuacji, nie mówię, że ludzie czują się bardziej bezpieczni, niż kiedy przyjechałam. Zaskoczyła mnie prośba sąsiadek, które mają 12 lat, żeby pójść z nimi w południe dwie uliczki dalej do ich koleżanki ze szkoły. Tym bardziej nie mogłam uwierzyć, że one nie widziały nawet, gdzie dokładnie ona mieszka – okazało się, że 100 metrów dalej!!! Tak już tutaj jest i o tym pisałam w pierwszym liście. Przez strach przed niebezpieczeństwem nie odwiedzają się nawzajem (chyba, że ktoś im towarzyszy). Tutaj nie wyciąga się na ulicy telefonów ani żadnych innych przedmiotów.

Trzeba być bardzo ostrożnym, lecz kiedy przestaniesz patrzeć tylko pod tym kątem, przestaniesz na każdym kroku myśleć o niebezpieczeństwie, policji i wojskowych, a będzie ci dane zobaczyć, jak piękny jest ten kraj (zwłaszcza zachody Słońca), jacy niesamowici ludzie tu mieszkają, jak są życzliwi i chętni do pomocy, nawet kiedy to oni potrzebują jej najbardziej.

Najmilsi, nie przestaje dziękować za Wasze modlitwy i troskę, zapewniam, że czuję się dobrze i bezpiecznie.

Hospital Bloom!

Ten apostolat jest dla mnie bardzo ważny! Takie małe dzieciaki, a z tak ogromną miłością.

Z podziwem patrzę na nich i na ich rodziców. Podziwiam odwagę i spokój trwania w tym ciężkim doświadczeniu. Zwykle z dziećmi przebywają ich matki, ale zdarza się również, że i ojcowie. Dzień i noc czuwają przy swoich dzieciach. Wychodzą z szpitala tylko na chwilę, żeby wziąć prysznic w domu naprzeciwko. W nocy śpią na krześle, które rozkłada się w leżak. Są zmęczeni i padnięci, ale nie narzekają, tylko opowiadają  o wszystkich trudnościach z wielką nadzieją i wiarą, że ich dzieci szybko wrócą do zdrowia.

 

Tetiana

Po długiej przerwie spotkałam ją kolejny raz w szpitalu. Taka radość jakbym spotkałam koleżankę, z którą nie rozmawiałam od lat. Niestety nie czuje się lepiej, a z całego jej ciała nadal schodzi skóra. W szpitalu jest bardzo zimno, a przez chorobę Tetiana bardzo mocno odczuwa chłód, co sprawia, że chodzi i je w rękawiczkach, czapce i kurtce. Niezmiennie jednak, głośno i radośnie się śmieje, co jest rzadkością w tym miejscu. Proszę Was o chociaż krótką modlitwę o zdrowie dla niej oraz dla Emilii, która jest przecudowną dziewczynką z naszej kolonii i jest naprawdę w bardzo ciężkim stanie.

Puntos Corazón

Codziennie po jutrzni otwieramy drzwi naszego domu i przez kraty witamy ludzi, którzy przechodzą obok. Z daleka słyszymy dźwięk wózka sąsiadów, którzy wracają z rynku, ktoś przychodzi wypić z nami kawę, później witamy sąsiada, który wraca z przedszkola, innych, którzy wracają ze szkoły (jedni chcą się pochwalić, czego się nauczyli, a inni proszą o pomoc), jeszcze inni przychodzą się przywitać w drodze do szkoły – tutaj zajęcia odbywają się na dwie zmiany (7:00-12:00/13:0018:00). Niektórzy proszą, żeby razem z nami gotować obiad.

Codziennie mamy adorację (każdy wybiera sobie godzinę), a po wspólnym odmówieniu różańca odwiedzamy ludzi, zaczynając od starszych i chorych. Następnie jest msza, nieszpory, a po kolacji nadal dzieci z ulicy wołają, żeby spędzić z nimi jeszcze trochę czasu, jeszcze raz zagrać w ulubioną grę lub po prostu porozmawiać. W zależności od dnia mamy też różne aktywności. Na przykład co wtorek odwiedzamy dzieci w szpitalu Bloom, w sobotę mamy „permanencję” (czyli szczególny dzień na zabawy z dziećmi w naszym domu) i gramy w piłkę, a w niedziele idziemy do dzielnicy „independencia”, oddalonej trochę od naszej i tam gramy z dziećmi.

Jednego wieczoru dzieci poprosiły mnie o linę do skakania, żeby pograć na ulicy. Przyszło bardzo dużo dzieci. To był dobry czas, niektóre z nich znałam już dużo lepiej. Tylko kiedy już się zbierałam, żeby iść spać, jeden chłopiec uciekł z liną do swojego domu. Inny powiedział, żebym się nie martwiła i pobiegł za nim. Po chwili wrócili obydwoje. Przeprosili, przytulili mnie, a ja wróciłam do domu bardzo z nich dumna. Tym zachowaniem drugi chłopiec pokazał mi, że jestem jedną z nich i że mogę liczyć na ich pomoc. Wiem, że nie tylko ja jestem tutaj dla nich, ale i oni są dla mnie, i tylko razem ta misja ma sens.

Takie chwile sprawią, że każdego wieczoru czekam na nowy dzień, kolejne spotkania i ciepłe rozmowy. Co do ostatniego, to mam wielkie szczęście. Niedawno, kiedy odwiedzaliśmy jedną rodzinę, zobaczyłam  z ulicy sąsiada, który patrzył z wielką ciekawością (przez trzy miesięcy misji nie poznałam jeszcze wszystkich przyjaciół Domu Serca, ale teraz do tej listy mogę dodać Pana Feliksa).

W odpowiedź na zwykłe pytanie o zdrowie, dowiedziałam się, że Pan Feliks miał operacje głowy i prawej nogi, teraz cierpi na prawostronny paraliż i ma problem z wymową niektórych słów. Mieszka sam, ma dzieci, które go odwiedzają, ale bardzo rzadko. Przemieszcza się na wózku i gotuje jedzenie lewą ręką. Powiedział mi również, co najbardziej mu smakuje i co gotował tego dnia. Wiem, kiedy ma urodziny, czym się kiedyś zajmował, i że to właśnie było przyczyną tej choroby – praca na statku. Jak to możliwe, że pan, który nigdy nie wychodzi z domu, nie rozmawia z sąsiadami, opowiedział tyle o swoim życiu osobie, którą widzi pierwszy raz? A może po prostu wszyscy do tego się przyzwyczaili: do tego, że cały czas sam w domu, że się nie odzywa? Może nikt nie próbował zmienić tej codzienności? Przypomniałam sobie o moim sąsiedzie w Polsce. Kiedy zmieniłam mieszkanie, spotykałam każdego ranka na klatce schodowej jednego starszego Pana, któremu codziennie mówiłam „Dzień dobry!” a jego codzienną odpowiedzią była cisza. Myślałam, że ten pan ma problem ze słuchem, ale z przyzwyczajenia codziennie nadal się z nim witałam. Aż jednego dnia nie tyle co odpowiedział, ale zapytał mnie, dokąd tak się codziennie spieszę. Po czym każdego dnia dodawał kolejne pytanie. Czy Wy też znacie takich ludzi?

 

Chce się z Wami podzielić jeszcze jedną dobrą wiadomością. Miesiąc temu dołączyła do nas Ludmiłanowa misjonarka z Argentyny. Pamiętacie, jak wam opowiadałam o Emmanuelu? Wymienili się państwami. Ludmiła ma 21 lat, przyjechała na 14 miesięcy.

 

Najmilsi, jeszcze raz dziękuję za Waszą obecność w moim życiu, za maile, wsparcie i te wszystkie ciepłe słowa. Proszę Pana Boga o wszelkie łaski dla Was i Waszych rodzin.

Pozdrawiam serdecznie,

Olena Nesteruk